wtorek, 28 lutego 2017

Make Happy Month - podsumowanie lutego


Nie wiem jak Wy, ale ja czuję już wiosnę w powietrzu! Marzec już puka do drzwi zatem czas na podsumowanie lutego. Jaki był ten luty? Zdecydowanie bardzo intensywny, może przez to trochę szalony. Na pewno dużo się działo, chociaż nie o wszystkim mogę tu jeszcze powiedzieć. Najpierw sukcesy potem porażki :)

Luty - sukcesy i porażki

Zdecydowany sukces to aktywny udział w warsztatach Ewy Chodakowskiej. Nie będę o tym się zbytnio rozpisywać, bo relację i swoje spostrzeżenia już opisywałam na blogu, więc nie ma sensu powielać tego samego. Faktem jest, że dostałam ogromny zastrzyk motywacji, który zaowocował powrotem do regularnych treningów :)  Poza tym, po raz kolejny przekonałam się, że słowo pisane nabiera mocy i szybciej wprawia się je w czyn :) Tyle razy pisałam Wam o moim postanowieniu powrotu do Londynu i wreszcie powinno mi się to udać, bowiem dziś, najdalej jutro dokonam aktu kupna biletu. Więc Londynie witaj, zanim jeszcze zdążą zamknąć granice ;) W lutym udało mi się również wyjść na ostatkowe szaleństwo z przyjaciółmi. Uważam to za ogromny sukces, gdyż nie łatwo w dzisiejszych czasach zgrać wszystkich grafiki. Luty, jednak nie wyglądał tylko tak kolorowo. Nie miałam tyle czasu, ile bym sobie tego życzyła na rozwój bloga i regularne wpisy. Zdecydowanie muszę się poprawić w tej kwestii. Dla najbliższych też nie miałam tyle czasu, ile bym chciała. Tak właśnie bywa, jak się realizuje jedne projekty to zazwyczaj kosztem czegoś innego, niestety. Zdecydowanie zabrakło mi też odpoczynku, który jest ważnym elementem regeneracji organizmu. 


Moje małe marcowe cele

Marzec to piękny miesiąc, w którym wszystko powoli, powoli budzi się do życia. Jakie są moje cele na ten miesiąc? Przede wszystkim to być szczęśliwą! To najważniejszy punkt do zrealizowania na wiosnę. Dzień Kobiet tuż tuż, zatem Drogie Panie celebrujcie swoje święto najlepiej jak potraficie. Ja zamierzam świętować swoją kobiecość w dość nietypowy dla mnie sposób, którego jeszcze nie zdradzę, ale w swoim czasie rozwikłam tajemnicę. Od wiosny do lata to już tylko kilka chwil, zatem najwyższa pora zadbać o siebie nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Dzień coraz dłuższy, więc mam nadzieję, że uda mi się przeczytać, przynajmniej jedną książkę. Brakuje mi trochę tych książkowych uniesień. Poza tym sport, regularne odżywianie - bo zdrowie jest najważniejsze i należy o tym zawsze pamiętać. Na koniec wiadomo regularne posty na blogu. Liczę na to, że zmobilizuję się bardziej, skradnę kilka chwil, aby być z Wami tu częściej niż dotychczas. A tymczasem wiosna za oknem sprawia, że pędzę na spacer po mieście czerpać inspirację do kolejnych wpisów. Do zobaczenia niebawem :)

niedziela, 26 lutego 2017

Jak przetrwać i nie zwariować, czyli na świat przychodzi dziecko


Dzisiaj wezmę na tapetę temat, w którym nie jestem ekspertem, co z góry zaznaczam, ale z wnikliwej obserwacji wyciągnęłam pewne wnioski, którymi chętnie się z Wami podzielę. Oglądając lifestylowe programy w TV, filmy z przerysowaną rzeczywistością, czytając gazety i przeglądając Internet widzimy obraz mamy - pięknej, zadbanej, mającej czas na opiekę nad dzieckiem, ugotowanie dwudaniowego obiadu, wysprzątanie mieszkania, tak że nie powstydziłaby się go perfekcyjna Pani domu, zajęcie się mężem i jeszcze samą sobą. Tymczasem na świat przychodzi nasze pierwsze dziecko, wychodzimy ze szpitala i bardzo szybko przytłacza nas szara rzeczywistość, jakże różna od tej filmowej. Szczęście miesza się ze złością, wzruszenie ze zmęczeniem i jak tu przetrwać i nie zwariować? Oczywiście nie mam idealnej recepty, bo każdy przypadek jest inny, indywidualny i wyjątkowy. Jak już pisałam, sama nie mam w tej dziedzinie jeszcze doświadczenia, za to przyglądam się bardzo bliskiej mi osobie i z całą pewnością mogę udzielić kilku rad :)

Szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko
Zasada stara jak świat i doskonale wszystkim znana. Tylko jak tu być szczęśliwą, jak po kilkunastu nieprzespanych nocach maleństwo ciągle płacze, w domu bałagan, a obiad sam się nie ugotuje. Dlatego Drogie Mamy wyluzujcie :) korzystajcie z pomocy bliskich, jeśli macie taką możliwość. Wasze dziecko i tak wie kto jest jego mamą i u kogo mu najlepiej, ale pomoc najbliższych w pierwszych chwilach jest nieoceniona. Krzywda maleństwu się nie stanie, a Wy odsapniecie troszeczkę. Pamiętajcie też, że macie do pełnej dyspozycji męża, partnera, który nie ma za sobą trudu porodu, więc powinien z przyjemnością  i bez zmęczenia zająć się dzieckiem. Nie róbcie z siebie niezastąpionych, tylko podzielcie obowiązki. Zachowania w stylu Zosi Samosi zostawcie na później.


Nie samym dzieckiem człowiek żyje!
Oprócz tego, że jesteście mamami jesteście również, a może i przede wszystkim kobietami! Proszę nie zapominajcie o tym. Wiadomo, jak człowiek jest zmęczony to najlepszy stój to stare, wyciągnięte dresy, które są z Tobą na dobre i na złe. Ale ile radości daje nam strojenie się. Widok siebie samej, zadbanej w lustrze to najlepszy poprawiacz humoru. Nie mówię, żeby codziennie wciskać się w kieckę i biegać po domu w szpilkach - bo to nierealne, ale dżinsy i normalna, nie "domowa" bluzka powinny wystarczyć. Poza tym zostaw dziecko z mężem, mamą, teściową, siostrą i idź do fryzjera, kosmetyczki. Zrób się na bóstwo i idź na randkę z mężem. Bawcie się dobrze i nie rozmawiajcie tylko o juniorze :)

Nie wierzcie telewizji!
Oglądając różnego rodzaju program w TV zastanówcie się dwa razy zanim w nie uwierzycie. Nie od dziś wiadomo, że telewizja kłamie. Obrazy super mam, przeżywających macierzyństwo bez żadnych problemów są nierealne i powie Wam to każda prawdziwa mama. Wszystko, co widzimy w TV jest wykreowane na jej potrzeby. Bardziej lubimy rzeczy ładniejsze, bo są przyjemniejsze dla oka i dlatego takie są nam wciskane. Nie porównuj się z nikim, jesteś jedyna i wyjątkowa, a każda sytuacja jest inna choćby na pierwszy rzut oka wydawała się identyczna.

Tych kilka spostrzeżeń przyszło mi do głowy, gdy na świat przyszedł mój chrześniak. Widzę ile czasu, pracy i trudu wymaga opieka nad takim bezradnym maleństwem. Drogie mamy, choćby wydawało się Wam, że nie dajecie rady to na pewno tak nie jest. Więcej wiary we własne możliwości i instynkty. Uwierzcie, że jesteście dobre w tym, co robicie. Nie powiem, że jest łatwo, bo widzę, że nie jest, ale włożone dzisiaj poświęcenie zwróci się Wam w bezgranicznej miłości Waszego dziecka. Tylko w tym poświęceniu nie zapominajcie o sobie samej. Zadbajcie o siebie, znajdźcie chwilę dla siebie, wychodźcie do ludzi, a wtedy nie straszny będzie Wam żaden baby blues :)

poniedziałek, 20 lutego 2017

Be Active Tour - warsztaty z Ewą Chodakowską



Wiem, że chwilkę mnie tu nie było, ale było to spowodowane nadmiarem obowiązków, które sama na siebie i inni na mnie nałożyli. Powoli wszystko wraca do normy, zatem i ja powracam :) A powracam naładowana mega dawką pozytywnej energii, z naładowanymi akumulatorami i przede wszystkim z uśmiechem na ustach. Sprawcą mojej pogody ducha jest niedzielne wydarzenie, o którym chciałabym Wam w kilku zdaniach opowiedzieć. Mowa o Warsztatach BE ACTIVE TOUR powered by Nałęczowianka z Ewą Chodakowską w roli głównej.

Chyba każdy wie, kim jest trenerka wszystkich Polek, a ten kto choć raz przeklinał ją leżąc na macie, wie, ile wysiłku trzeba włożyć w 45 minutowy trening. Jeśli jest tak trudno, to po co ludzie z własnej nieprzymuszonej woli idą na 5 godzinny trening i to jeszcze za własne pieniądze. Odpowiem w kilku słowach: dla atmosfery, niezliczonej dawki motywacji i wiary we własne możliwości. Zacznijmy jednak od początku.


Czym są warsztaty?
Tych co nigdy nie byli może zaskoczę. Be Active  Tour to nie sama Ewa Chodakowska. To kilkoro znakomitych trenerów, którzy jeden po drugim dają moc, siłę i motywację do walki o samego siebie. Warsztaty składają się z kilku treningów, podobnych, a jednak zdecydowanie różnych od siebie. Między treningami są oczywiście krótkie przerwy. Mniej więcej w połowie dnia odbywa się wykład z dietetykiem, który w prostych słowach mówi co wolno, a czego nie wolno jeść, jakie produkty zjadać tuż po treningu itp. To doskonały moment na przekąszenie czegoś. Zmęczony po pierwszych treningach organizm domaga się paliwa, aby mieć siłę do dalszych ćwiczeń :) Po prelekcji dietetyka są kolejne treningi kolejnych trenerów. Wszystko kończy się pamiątkowymi zdjęciami, do których każdego z osobna zaprasza sama Ewa Chodakowska wraz ze swoim teamem. Przy wyjściu otrzymujesz torbę z upominkami. Jednym z prezentów jest płyta Ewy Chodakowskiej, w tym roku był to Sukces.


Co zabrać ze sobą na warsztaty? 
Tegoroczne Be Active Tour to moje drugie już warsztaty, na które poszłam już nieco lepiej przygotowana :) Pamiętam, że kiedy wybierałam się pierwszy raz zastanawiałam się co zabrać ze sobą. Teraz już wiem i służę pomocą. To czego potrzebujesz najbardziej to wygodne buty sportowe i strój sportowy. O ile spodnie powinny Ci jedne wystarczyć, o tyle proponuję zabrać ze sobą koszulkę na zmianę. Przez 5 godzin treningu zdążysz się milion razy spocić i będziesz marzyć o świeżej koszulce :) Ręcznik, również Ci się przyda do otarcia potu z czoła między treningami. Zabierz ze sobą także dużą ilość wody - minimum 1,5l. W tym roku akurat szczęśliwie sponsorem jest Nałęczowianka, więc wody było pod dostatkiem ;) Jak picie to i jedzenie. Nie wstydź się zabrać ze sobą sałatki, czy jakiegoś innego posiłku. Jeśli masz książki, płyty, na których chciałabyś dostać autograf Ewy, to śmiało weź go ze sobą.Organizatorzy zbierają książki do podpisu. Pamiętaj tylko, aby je podpisać swoim imieniem i nazwiskiem, wtedy łatwiej będzie je odnaleźć w stercie innych produktów :) 


A na koniec...
Te warsztaty nie są dla wszystkich, ale to nie znaczy, że nie są dla początkujących. Na tym wydarzeniu sprawdza się swoje siły i możliwości. I uwierz mi! to prawda - możesz więcej niż podpowiada Ci Twój umysł ;) Trudniejsze ćwiczenia pokazywane są w wersji dla początkujących i zaawansowanych. To Ty wybierasz wersję. Dla osób trenujących z Ewą Chodakowską to niemałe przeżycie, ale nie tylko dla nich. Atmosfera, jaka panuje na tym wydarzeniu jest nie do opisania. Męczysz się, pocisz, ale nawet przez chwilę się nie złościsz. Euforia udziela się wszystkim, poziom endorfin sięga zenitu i wiesz już, że możesz góry przenosić, a siła tkwi w Tobie samej, tylko była gdzieś głęboko ukryta.Warto, chociaż raz w życiu przeżyć coś takiego. Gorąco polecam :)

niedziela, 5 lutego 2017

5 najgorszych pomysłów na prezent walentynkowy


 Już za tydzień z kawałeczkiem jedno z najbardziej komercyjnych świąt. Przez jednych ukochane, przez innych znienawidzone. Mowa oczywiście o Walentynkach. Wiele osób tego święta nie lubi i go nie obchodzi, jednak zdecydowana większość obdarowuje swoich partnerów różnego rodzaju prezentami, upominkami. W właśnie w tym miejscu, zazwyczaj pojawia się problem. Często nie wiemy co kupić, bezmyślnie krążymy po sklepach, a bezowocne, przedłużające się zakupy doprowadzają nas do furii. W finale kupujemy cokolwiek, aby było. Tak właśnie najczęściej, obdarowujemy bliską osobę nietrafionym prezentem. Sama nie jestem wielkim fanem tego święta, dlatego dzisiaj do walentynek podejdę z przymrużeniem oka. Przedstawiam Wam 5 najgorszych pomysłów na walentynkowy prezent. 


1. I love you w wersji made in China
Nie, nie i jeszcze raz nie dla wszystkich serduszkowych chińskich gadżetów, które tuż przez Walentynkami zalewają półki sklepowe. Chodząc po centrach handlowych w tym okresie od czerwonych serduszek można dostać mdłości, albo zawrotu głowy. Niefajne są poduszki, misie w serduszka itp. produkty. Są to rzeczy, których później do niczego się nie wykorzysta. Stojąc na półce przez cały rok tylko zbierają kurz i rażą w oczy, nie pasując przy tym do wystroju wnętrza. 

2. "Sexy" bielizna w stylu porno
Nie jest dla mnie zrozumiałym, dlaczego w głowach mężczyzn istnieje przekonanie, że w ten jeden wieczór kobieta marzy, aby wcisnąć się w porno bieliznę. Coś mi się wydaje, że tego typu upominek jest lepszym prezentem dla niej niż dla niego. Dlatego, Drogi Czytelniku pamiętaj seksowna bielizna nie musi być wulgarna i nie musi mieć czerwonego koloru. 

3. Śmieszne bokserki
Idąc majtkowym tropem od razu pomyślałam o męskich bokserkach z różnego rodzaju śmiesznymi, dziwacznymi napisami. Dziewczyny nie idźmy tą drogą. Tego typu męska garderoba nie jest ani śmieszna, ani ładna. Zazwyczaj od razu chowana głęboko w szufladzie i nigdy nie wyciągnięta. 


4. Koszulka ze zdjęciem
Zdjęcie na kubku ok, ale na koszulce to już lekka przesada. Miłość można wyznawać na wiele sposobów, niekoniecznie nosząc czyjś wizerunek na T-shirt. Dostając taką koszulkę, nie będziemy wiedzieli co z nią począć. Ostatecznie zostanie wykorzystana do spania lub noszenia po domu. Obawiam się jednak, że to drugie wyjście może zakończyć się cichymi dniami w związku. Po co, więc ryzykować :)

5.  Kuchenna sprawa
Garnki, patelnie itp. Panowie kupujcie wyraźnie na polecenie Pań. Nie zawsze kobiety chcą otrzymywać tego typu prezenty, a już na pewno nie w Święto Zakochanych. Z całą pewnością tego dnia żadna kobieta nie będzie chciała czuć się jak kura domowa. Dlatego do kuchennych prezentów trzeba podchodzić ostrożnie i z wyczuciem. 

To moja subiektywna piątka najgorszych walentynkowych prezentów. Wiadomo, każdy ma inny gust i co innego lubi otrzymywać. Kupowanie to swoista sztuka, niełatwa do opanowania. Wybierając prezent spróbujcie zajrzeć w głąb duszy partnera i sprawić mu coś nieoczywistego. Nie zawsze musi być to jakiś przedmiot, czasem wystarczy pomysł na fajne, wspólne spędzenie czasu. Powodzenia w wyborze upominków. Happy Valentine's Day! :)