poniedziałek, 26 czerwca 2017

Moje sposoby na naukę angielskiego


Kiedy wrócę wspomnieniami do ubiegłego roku, to o tej porze dopiero kiełkowała we mnie myśl o zapisaniu się na kurs języka angielskiego. Dziś żałuję, że zrobiłam to tak późno. Angielski to podstawa i wiedzą o tym już nawet dzieci w podstawówce. Jakoś w szkole specjalnie nie przykładałam się do tego przedmiotu. Był jaki był i to mi w zupełności wystarczyło. Dlatego o jego obecny poziom mogę mieć pretensję tylko do siebie. Nie należę do osób użalających się nad sobą, dlatego trzeba było zakasać rękawy i zacząć działać. Roczny kurs dał mi możliwość usystematyzowania starej wiedzy i poznania nowej. Jednak każdy kurs ma to do tego, że kiedyś się kończy. Co więc zrobić, aby w przerwie wakacyjnej nie zapomnieć języka (angielskiego) w gębie??

1. Fiszkoteka
To mój pierwszy sposób. Moja szkoła językowa daje mi możliwość dostępu do mobilnej bazy słówek. Taką lub podobną aplikację na telefon można pobrać, zainstalować i korzystać. Słówka są wtedy zawsze pod ręką, bo i telefon pod nią jest. Wakacje to podróże, a podróże to długie godziny spędzone w autobusie, pociągu, samochodzie. Warto je wykorzystać praktycznie na powtarzaniu słówek. 

2. Filmy bez lektora
Każdy z nas lubi oglądać filmy. Proponuję zrezygnować z lektora i na dobry początek przerzucić się na filmy z napisami. Pozwala to osłuchać się z językiem. Można spróbować nie zerkać na napisy, tylko słuchać. Dobry patent to również włączenie ulubionego filmu, który widzieliśmy już milion razy, bez lektora i polskich napisów, a za to w anglojęzycznej wersji. Można wtedy sprawdzić ile zrozumieliśmy, bez rozpraszania się fabułą. 

3. BBC News
To jeden z moich ulubionych sposobów. Włączyć anglojęzyczny kanał TV i słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać, sprzątając, gotując lub wykonując jakąkolwiek inną czynność. Podobnie można rozpoczynać lub kończyć dzień od zagranicznej prasy. Czytając jednego newsa dziennie zachowujemy stały kontakt z językiem, utrwalamy go i poznajemy nowe słownictwo.

4. Pogawędka
Nie bójmy się rozmawiać! Próbujmy nakłonić do rozmowy koleżanką, kolegę, chłopaka, męża. Wypijcie razem herbatę i rozmawiajcie przez chwilę po angielsku. Pewnie na początki każdy z was będzie czuł się niezręcznie, ale takie rozmowy przełamują bariery. Najtrudniejszy jest pierwszy raz później pójdzie jak z płatka.

5. Wycieczka
Nie mówię, że trzeba od razu jechać do Londynu, żeby mówić po angielsku. W każdym miejscu można spróbować języka. Zagraniczne wycieczki są do tego idealną okazją. Nie zamykajcie się w sobie na zagranicznych wojażach. Idźcie do sklepu, zgubcie się i zapytajcie o drogę, rozmawiajcie z obsługą hotelową i z przypadkowymi ludźmi. Nikt was tam nie zna, nie musicie się wstydzić, że powiecie coś nie tak. Jeżeli ktoś wakacje spędza w kraju, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zabawić się w turystę i złożyć zamówienie w restauracji po angielski. To naprawdę działa :)

Przedstawiłam wam moje sposoby na naukę języka angielskiego. Osobiście zamierzam stosować je regularnie przez całe wakacje. Lato nie jest dobrą porą, aby siedzieć z nosem w książkach. Nauka ma różne formy, wykorzystujmy te najprzyjemniejsze. Ważne, aby robić coś, niż nic. Oczywiście moje sposoby można wykorzystywać do każdego innego języka obcego. Ja obecnie stawiam na angielski, więc do niego się odnoszę. Ciekawa jestem waszych sposobów na języki. Podsuwajcie pomysły, chętnie z nich skorzystam :)

sobota, 17 czerwca 2017

Lubię Lublin!


Mistrzostwa Europy U21 w piłce nożnej oraz 700 lecie nadania praw miejskich skłoniło mnie do refleksji za co lubię swoje miasto. Doszłam do wniosku, że na co dzień nie zastanawiamy się co mamy fajnego w miejscowościach, w których żyjemy. Doceniamy je dopiero wtedy, gdy je opuszczamy i tęsknimy za tym co znamy i kochamy. Nie wiem czy zawsze lubiłam swoje miasto, kiedyś nawet marzyłam, aby czym prędzej się z niego wyprowadzić, ale jakoś nigdy nie doszło to do skutku. Dziś z pełną świadomością i odpowiedzialnością mogę powiedzieć Lubię Lublin i od razu zdradzam Wam za co. Przedstawiam moją szczęśliwą siódemkę :)

Po pierwsze za atmosferę
Lublin to miasto z duszą. Nie tak duże jak Warszawa, ale też nie tak małe jak Kielce. W stolicy wszyscy są anonimowy, przypadkowe spotkanie na ulicy starego znajomego nie jest wcale takie łatwe. Ludzie są pogrążeni w swoich codziennych rozmyśleniach, rozterkach, ciągle gdzieś pędzą. W Lublinie życie biegnie wolniej, mieszkańcy wobec siebie nie są tak anonimowi. Na każdym kroku spotykamy znajomych, z którymi można przeprowadzić miłą pogawędkę. 


Po drugie za miasto inspiracji
Lublin inspiruje swoich mieszkańców i inne miasta. U nas się zwyczajnie dużo dzieje. Obok stałych punktów programu rok w rok, jak grzyby po deszczu wyrastają nowe festiwale. I tak doczekaliśmy się już kilku edycji Nocy Kultury, Jarmarku Jagiellońskiego, Carnavalu Sztukmistrzów itp. Podczas wydarzeń kulturalnych miasto tętni życiem, tworząc swój niezapomniany, jedyny w swoim rodzaju klimat. 

Po trzecie za miasto studentów
Wczoraj oglądając mecz po raz pierwszy w życiu usłyszałam jak moje miasto określane jest "Oxfordem Wschodu". Uważam, że to określenie jest dość trafne dla miasta liczącego kilka uniwersytetów. Co roku przybywa do nas rzesza nowych studentów, którzy żyją, bawią się i pracują w Lublinie jednocześnie przy tym go odmładzając.

Po czwarte za rozwój
W ciągu kilku ostatnich lat Lublin niesamowicie się rozwinął. Nie straszy już jak dawniej dziurawymi drogami, zaniedbanymi budynkami. W ostatnim czasie powstały między innymi różne obiekty sportowe, galerie handlowe, które stawiają nas na równi z innymi miastami polskimi i europejskimi.

Po piąte za Stare Miasto i zabytki
Lublin to miasto bogate w zabytki. Nasza Starówka jest jedną z najpiękniejszych w Polsce. Mnóstwo romantycznych zaułków znajdujących się na Starym Mieście zaprasza do spacerów zarówno zakochanych, przyjaciół oraz rodziny z dziećmi. Można u nas zwiedzić wieże, z których widać przepiękną panoramę miasta, a także ogrody, parki, które zachęcają do odwiedzania nie tylko wiosną. Aż nie chce się siedzieć w domu!


Po szóste za puby, restauracje i lody Bosko
Lokalne puby, restauracje nadają wyjątkową atmosferę miastu. W Lublinie można znaleźć klimatyczne, "jakieś" knajpy, do których warto wstąpić na kawę, herbatę czy piwo, które także mamy swoje :) Życie w tych knajpach zaczyna się od czwartku, kiedy to zgodnie z tradycją miasto opanowują studenci. Latem w piątkowe i sobotnie wieczory trudno znaleźć w nich wolne miejsce. Będąc w Lublinie koniecznie trzeba wstąpić do Bosko na boskie lody, które nigdzie indziej nie mają sobie równych :)

Po siódme za małe - duże korki
Chyba zaryzykuję stwierdzenie, że korki w naszym mieście nie są takie straszne. Powrót z pracy nie zajmuje kilku godzin jak w niektórych dużych miastach. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak budowa drogi, czy wypadek, ale da się to przeżyć. Mimo, że stojąc w nich klnę pod nosem, to jednak podróżując po innych miastach, już wiem, że jazda samochodem po Lublinie nie jest taka straszna :)

Reasumując Lublin nie jest taki zły! Myślę, że mieszkańcy wiedzą o tym doskonale, mimo, że część z nich mogła sobie tego jeszcze nie uświadomić. Pozostałych serdecznie zapraszam do mojego miasta, aby na własnej skórze się przekonali, że Lublin da się lubić :) :) A Wy za co lubicie swoje miasta??

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Wycieczka do Londynu w 5 krokach cz.2



Powróciłam ostatnio myślami do mojego marcowego wpisu o organizacji wycieczki do Londynu w 5 krokach (znajdziecie go tutaj) i uznałam, że czas na uzupełnienie go o praktyczne wskazówki i informacje dotyczące samego pobytu. To zaczynamy :)
1. Nocleg
Zazwyczaj noclegiem zajmujemy się jeszcze w kraju, żeby mieć gdzie spać po przylocie, a nie spędzać noc na dworcu. Warto jednak zwrócić szczególną uwagę na opis wynajmowanego pokoju. Z doświadczenia już wiem, że wynajmujący może nieco mijać się z prawdą. Warto dopytać się o szczegóły mailem i w razie co upominać się o to co nam miał oferować, a także kierować się zasadą licz na kogoś licz na siebie i zabrać z domu nieco więcej rzeczy. Jak dla mnie, must have każdej podróży to: klapki pod prysznic, ręcznik, suszarka. Już wiem, że bez tego nie warto jechać za granicę :)

 2. Transport
Londyński transport do najtańszych nie należy. Nie ma się co oszukiwać jest to dość drogie miasto. Możliwości jest oczywiście dużo metro, które w brytyjskiej stolicy liczy kilkanaście linii, popularne piętrowe autobusy, taksówki lub zwyczajnie spacerek na nóżkach. Wiadomo, spacer to spacer jednak nie wszędzie dotrze się na piechotkę. Kultowe czarne taksówki dla osoby, która przyjechała z ograniczonym budżetem na weekend będą poza zasięgiem finansowym. To bardzo drogi środek transportu. Chcąc nie chcąc nie da się poruszać po tak ogromnym mieście bez pomocy komunikacji miejskiej. Koszt pojedynczych biletów jest dość wysoki, dlatego lepiej kupić kartę Oyster, dzięki której bez problemu będziemy poruszać się po stolicy. Wyrobienie karty kosztuje 5 funtów, jednak jest ona bezterminowa. Po powrocie do kraju warto ją gdzieś schować i w razie kolejnej wycieczki zabrać ze sobą ponownie. Kartę wyrabia się od ręki w specjalnie do tego wyznaczonych punktach np. sklepach lub "biletomatach" na dworach. Oyster-kę doładowujesz kwotą jaką chcesz i ile razy chcesz, przy każdym wejściu na metro czy do autobusu sczytujesz kartę przy okazji widząc ile pieniędzy Ci na niej jeszcze zostało. Ceny biletów są różne zależne od pory jazdy oraz stref, po których się poruszamy. Najtaniej wychodzi oczywiście autobus, jednak musisz doliczyć sobie tutaj zdecydowanie dłuższy czas podróży niż metrem. Czasem może on trwać nawet półtorej godziny.

3. Wyżywienie
Jak już mówiłam, Londyn do najtańszych nie należy. Ceny wyżywienia też są różne. Jeżeli masz możliwość samemu coś sobie upichcić to Lidl, Tesco, czy inny market nie straszy aż tak cenami. Jeśli jednak w Twoim domu nie ma kuchni, to jesteś skazany na londyńskie jedzenie, które najlepsze nie jest. Jest oczywiści kilka możliwości, gdzie można się wyżywić. W restauracjach ceny posiłków zaczynają się od 15 funtów wzwyż, wiec najtaniej nie jest. Coś zjeść można na różnego rodzaju targowiskach, gdzie dominuje street food. Tutaj można pożywić się np. kuchnią chińską, kebabem lub popularnym fish and chips. Ceny od 5 funtów w górę. Jeśli jednak żadna z tych opcji nam nie pasuje to zawsze zostaje McDonald, gdzie za 2 funty dostaniemy hamburgera z frytkami, albo popularne fastfoodowe bary. Tylko uwaga, barów fastfoodowych nie znajdziecie za bardzo w "bogatszych" londyńskich dzielnicach. 

4. Muzea
Do większości muzeów można wejść za darmo, co jest dużym plusem. Za darmo wejdziemy m.in. do Galerii Narodowej, British Museum, Imperial War Museum. Warto poświęcić trochę czasu i obejrzeć wystawy, zobaczyć architekturę. Mnie najbardziej przypadł do gustu Imperial War Museum, którego wystawy jednocześnie mnie zachwyciły i zaskoczyły. Planując wycieczkę trzeba zwrócić uwagę na godziny otwarcia muzeów. Większość z nich otwarta jest do 17-18. Inne godziny pracy są w weekendy, a inne od poniedziałku do piątku.

 
5. Pozostałe atrakcje
Będąc w Londynie obowiązkowo trzeba zobaczyć Pałac Buckingham, Big Bena, London Eye, Tower Bridge, Oxford Street. Przyjemnie jest również posiedzieć nad Tamizą podziwiając widoki. W stolicy Anglii jest mnóstwo atrakcji, które warto zobaczyć. Trzeba się jednak liczyć z kosztami. Mimo, że wejściówki do muzeów są darmowe, to inne atrakcje są płatne i to dość wysoko. Przejażdżka słynnym London Eye kosztuje około 20 funtów, podobnie zdjęcie z wózkiem Harrego Pottera na peronie 9 i 3/4 na dworcu King's Cross (koszt 15-19 funtów). Należy pamiętać, że do tego typu atrakcji trzeba wystać się niekiedy w kilku kilometrowej kolejce.

Mam nadzieję, ze tych kilka praktycznych informacji, stanowiących uzupełnienie do ogólnej organizacji wycieczki do Londynu okażą się bardzo przydatne. Wiecie teraz, jak krok po kroku zaplanować wyprawę i czego spodziewać się na miejscu. No to miłego planowania! Powodzenia :)

niedziela, 4 czerwca 2017

1 urodziny ZaplanowaniPl


Nie wiem jak, nie wiem kiedy to zleciało, ale właśnie strzelił pierwszy rok mojego bloga. Świętując swoje pierwsze urodziny myślami wracam do początków, kiedy jeszcze raczkowałam w tej dziedzinie. Pomysł założenia bloga bardzo długo chodził mi po głowie, jednak zawsze stało coś na przeszkodzie, aby go założyć. Dzisiaj z perspektywy czasu już wiem, że to nie było nic innego jak tylko strach przed nieznanym. Pamiętam, że rok temu byłam na takim etapie swojego życia, że codzienna rutyna powoli mnie wykańczała. Wiedziałam, że jeżeli czegoś nie zrobię to prędzej czy później zwariuję. Zaryzykowałam, kierując się impulsem siadłam przed komputerem i wszystko się już szybko potoczyło. Poszłam za ciosem i krok po kroku samodzielnie budowałam ZaplanowaniPl W żadnym wypadku nie żałuję tej decyzji :)

Mój rok z blogiem


Pierwszy rok z blogiem był fantastyczny. Przyniósł mi mnóstwo wspaniałych doznań. Nowe kontakty, nowe wyzwania i ciągłe poznawanie samej siebie. Dzisiaj na pewno wiem więcej o sobie niż rok temu, stale się rozwijam i ciągle na nowo poznaję. Prowadzenie bloga sprawia mi ogromną przyjemność. Uwielbiam pisać, rozmawiać z czytelnikami, blogerami i czerpać z tych rozmów inspirację. Wizja bloga zmieniła się nieco przez ten rok, chociaż nie tak wiele. Zakładając ZaplanowaniPl wiedziałam jak ma wyglądać i co ma się w nim znaleźć. Wiedziałam, że organizacja będzie połączona z lifestylem, bo te dwa obszary idą w parze. I dokładnie tak jest, tak jak sobie wymarzyłam. Oczywiście przez ten czas blog, podobnie jak ja nieco się rozwinął. Pojawiły się nowe zakładki i przede wszystkim comiesięczny cykl Make Happy Month, który bardzo pomaga mi w osiąganiu moich małych celów i motywuje do ciągłej pracy. Prowadzenie bloga nauczyło mnie lepszej organizacji czasu, większej odpowiedzialności, systematyczności. Nie zawsze jest łatwo i tak jakbym chciała. Doba ma tylko 24h, a obowiązków i planów dużo. Nie będę jednak dzisiaj tu narzekać, bo w urodziny się nie marudzi :) 

Plany na przyszłość

 
 Pisać, tworzyć, inspirować siebie, innych i przede wszystkich rozwijać się. Prowadzenie bloga daje mi możliwości w samorozwoju, z których chcę czerpać ile się da. Już wiem, że wszystkie ograniczenia tworzymy my sami w naszych głowach. Trzeba wychodzić poza strefę swojego komfortu i walczyć o siebie i swoje marzenia. To daje siłę i energię do działania. W najbliższej przyszłości chciałabym popracować nad promocją bloga, miesięcznymi plannerami, kto wie, może pojawi się jakiś nowy cykl. Pomysłów jest sporo, nic tylko wcielać je w życie. Chciałabym rozwinąć się jeszcze w obszarze fotografii, aby pojawiały się tu najpiękniejsze ujęcia. Na koniec Moi Drodzy Czytelnicy nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie i wam dużo czytelniczych uniesień i kolejnego zaplanowanego roku!! :) :)

środa, 31 maja 2017

Make happy month - podsumowanie maja


Maj przeminął niczym mrugnięcie okiem. Nie wiem kiedy, nie wiem jak na horyzoncie pojawił się czerwiec i tak oto dotarliśmy do półmetka roku. W tym miesiącu niespodziewane wydarzenia rosły przede mną niczym grzyby po deszczu, absorbując przy tym całą moją uwagę i energię. Najważniejszym wydarzeniem maja była oczywiście wycieczka do Londynu. Nie będę się tu długo rozwodzić na tej temat, bo wspomnieniowy skrót znajdziecie tutaj. Niemniej jednak było wspaniale. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i w głowie pojawiła się już wizja podboju kolejnych europejskich stolic. Następny cel do zrealizowania w niedalekiej przyszłości. Wyjazd do stolicy Wielkiej Brytanii uświadomił mi, że mój angielski nie jest taki straszny. Bez strachu i większych problemów mogłam się porozumieć, więc inwestycja w kurs okazała się strzałem w dziesiątkę. Mam świadomość ile jeszcze pracy przede mną, ale należę do osób cieszących się z małych sukcesów, a taki właśnie osiągnęłam :) W maju udało mi się w końcu dokończyć balkon, który przeszedł całkowitą metamorfozę. Prawdziwym wyzwaniem okazuje się jednak pielęgnacja wszystkich znajdujących się na nim roślin. Ale co tam i tego się nauczę :) Blogowo maj niestety nie wyglądał tak jak bym chciała. Planowałam nieco więcej wpisów, ale jak widać nie wszystko da się zaplanować :) Obiecuję czerwcową poprawę.


Moje małe czerwcowe cele
No i właśnie jaki będzie ten czerwiec. Znów pojawi się dużo planów, a mało czasu. Muszę zdecydowanie popracować nad lepszą organizacją czasu, bo widzę w dotychczasowej pewne mankamenty. Czerwiec zaczyna się mocnym wejściem - egzaminem końcowym z angielskiego. Trzymajcie za mnie kciuki, bo zdanie jego to mój pierwszy cel na ten miesiąc. Czerwiec to czas długich dni, krótkich nocy z którymi wiąże plany. Zawodowo również mam małe szaleństwo, więc w tym miesiącu chciałabym wypracować dobry system organizacji czasu firmowego i prywatnego. Kolejne cele na ten miesiąc to: rozpocząć przygotowania do wieczoru panieńskiego mojej przyjaciółki. To wyzwanie jeszcze przede mną, ale nie mogę nic więcej zdradzić. W czerwcu chciałabym również powrócić do treningów, które w maju trochę z mojej winy, trochę nie zaniedbałam, a brakuje mi ich bardzo. No i w końcu czas rozpocząć planowanie corocznego wypadu w góry, który w tym roku przypada na lipiec. Mapa w dłoń i zaczynam odmierzać czas wejść na szczyty. Uwielbiam to! A blogowo moje cele to: nadrobić majowe zaległości i celebrować pierwsze urodziny. I znów nie wiem jak i kiedy to zleciało. Zapowiada się wspaniały miesiąc, oby na wszystko i jeszcze więcej starczyło czasu. Miłego początku wakacji Kochani :)

sobota, 27 maja 2017

Wycieczka do Londynu - wspomnieniowy skrót



Wszystko co dobre szybko się kończy. Zdecydowanie tym zdaniem musi rozpocząć się mój wspomnieniowy post. Wspominam oczywiście niedawno odbytą wycieczkę do Londynu. Już wiem, że to moje miejsce na ziemi, do którego, mam nadzieję, będę często powracać :) Chciałabym podzielić się z Wami wrażeniami z pobytu, opowiedzieć co mnie zachwyciło, co nie, może zaskoczyło. Zapraszam zatem na krótką wycieczkę po stolicy Wielkiej Brytanii :) 

Za co kocham Londyn?
Za różnorodność, pozytywnych ludzi, piękne zabytki i przede wszystkim zapach wolności unoszący się w każdym zakamarku tego miasta. Ludzie są lub sprawiają wrażenie niezależnych, żyjących w swoim świecie, nie interesujących się innymi.  Chodzą jak chcą, ubierają się jak chcą nie oglądając się na sąsiadów. Dla Polaków liczących się z opinią innych, na początku przyjazdu może to być lekkim szokiem. Bardzo duża jest tu również różnorodność kulturowa, widoczna na każdym kroku. Szczerze mówiąc, dostrzec tutaj Anglika nie jest łatwo. W mieście widać wyraźny podział na dzielnice, w których żyją Anglicy i takie, w których żyje społeczność różnych narodowości.



Londyn jest miastem bogatym w turystyczne atrakcje. Przejście samego centrum, oglądając wszystko zajmuje kilka dobrych godzin. Warto jednak poświęcić ten czas, bo głupio byłoby nie zobaczyć Big Bena czy Pałacu Buckingham. Polecam jednak nie ograniczać się jedynie do "starego miasta". Niezwykle ciekawe miejsca, pełne swoistego klimatu znajdują się często w odleglejszych dzielnicach. Brytyjska stolica jest bogata w parki, po których spacer jest absolutnym obowiązkiem turysty. Parki są zadbane, widać, że ludzie szanują przyrodę. Można w nich spotkać rozmaitych artystów uprawiających uliczny performance, osoby uprawiające różne sporty, a także zwykłych zakochanych. Swoim pięknem zachwycił nas St. James's Park, a zaciekawił Hyde Park. W tym ostatnim polecam kawę - naprawdę pyszna! :)



Zdecydowanym plusem tego miasta jest komunikacja. W szybki i łatwy sposób można przemieścić się metrem. Linii jest sporo, więc do większości miejsc można nim dotrzeć. Polecam również czerwone piętrowe autobusy - charakterystyczne dla tego miejsca. Przemieszczanie się autobusem nie należy do najszybszych, jednak widoki z okna rekompensują trudy podróży. Podczas naszej wycieczki spędziliśmy dobrych kilka godzin w "piętruskach", podziwiając najdalsze zakątki miasta. Sprawiło nam to mnóstwo frajdy.


Udać się do Londynu na shopping to marzenie większości kobiet. Oxford Street zachwyca wielkością i ilością sklepów. Znaleźć tam można niemalże wszystko. My najwięcej czasu spędziliśmy oczywiście w Primarku, którego nie da się porównać do żadnego sklepu w Polsce. Wizyta w tym sklepie jest absolutnym obowiązkiem każdego przybyłego do tego miasta. Czy przyjemnością? Hmm to zależy od podejścia :)

Małe minusy
Małym minusem są ceny. Londyn nie należy do najtańszych miejsc. O ile zakupy w Primarku po przeliczeniu na złotówki zdecydowanie wychodzą na plus, o tyle ceny gdzie indziej mogą zwalić z nóg. Przyjeżdżając tutaj trzeba liczyć się z wysokimi kosztami jedzenia i transportu. Jedzenie jest różnej jakości, nieco różni się od naszego polskiego. Każdy radzi sobie jak umie, jeść coś trzeba, więc tych kilka dni spędziliśmy w fast foodach :) Na szczęście McDonald's wszędzie jest taki sam :)

 
Londyn to miasto, w których stare miesza się z nowym. Jak dla mnie miejscem, w którym to najlepiej widać to Tower Bridge. Chyba właśnie to połączenie nadaje tej stolicy taki niepowtarzalny klimat. Uwielbiam to miasto, kocham tam być, zachwycać się jego pięknem, podziwiać widoki, rozmawiać z ludźmi, na każdym kroku spotykać Polaków. Od zawsze byłam i nadal jestem mieszczuchem, nic więc dziwnego, że brytyjska stolica tak bardzo mnie zachwyciła. Zdecydowanie polecam wszystkim na chwilę i na zawsze :)

niedziela, 14 maja 2017

Metamorfoza balkonu


W końcu i mi udało się dokończyć metamorfozę mojego balkonu. Za sprawą dość zimnych i deszczowych kilku ostatnich tygodni trwało to dłużej niż przewidywałam. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i jest piękny, pachnący w wiosennych kolorach. Idealne miejsce na złapanie oddechu i uporządkowanie myśli po długim i ciężkim dniu pracy. Opowiem Wam kilka słów o tej mojej małej krainie relaksu. 

Balkon nie należy do najprostszych, ponieważ jest długi i dość wąski. Szybko jednak okazało się, że nawet na niewymiarowych przestrzeniach da się wyczarować coś pięknego. Z szaroburej, niezachęcającej do niczego przestrzeni, stał się miejscem przyjemnym, w którym można miło spędzać czas zarówno w dzień jak i wieczorami.

przed metamorfozą
po metamorfozie
Koszt zrobienia balkonu, też nie był wygórowany. Dużo produktów znalazłam u siebie w domu. Ze starych niepotrzebnych rzeczy powstały zupełnie nowe. Meble zrobione są samodzielnie z palet, oczywiście z nieocenioną pomocą męskiej ręki mojego taty :) Stolik doczekał się drugiego życia. Zniszczony, zakurzony, ukryty gdzieś głęboko w garażu okazał się gabarytowo idealny na balkon. Odnowiony, odmalowany będzie służył kolejne lata.  Stojak na zioła powstał z części po szafkach, które przeznaczone były już do wyrzucenia. Doniczki kupiłam w marketach za grosze, które pomalowałam na odpowiadające mi kolory. Poduszki na siedzisko również znalazłam w markecie, do oparcia wykorzystałam zwykłe "jaśki" obłożone w poszewki we właściwych kolorach. 


Na moim balkonie nie mogło zabraknąć kwiatów i ziół. Okres wiosny i lata to przede wszystkim rozmaite rośliny, które swoimi kolorami sprawiają, że świat staje się piękniejszy. Zależało mi na balkonie ładnym dla oka, dlatego kwiaty zajmują tu szczególne miejsce. Są tu bratki, begonie, surfinie, niezapominajki. Różnorodność kolorów i gatunków, bo ma być ciekawie, a nie nudno. Zioła także są mi bliskie, dlatego postarałam się o swój własny malutki zielnik. W zeszłym roku, stawiałam pierwsze kroki w domowej hodowli ziół, niestety z marnym skutkiem. W tym roku postanowiłam spróbować jeszcze raz i stworzyć balkonowy zielnik. Zobaczymy co z tego wyniknie :) 


Tak właśnie powstawał mój mały balkonowy azyl. Dokonanie metamorfozy balkonu sprawiło mi ogromną przyjemność. Teraz już wiem, że chcieć to znaczy móc. Jeżeli się zastanawiacie, to bierzcie pędzle w dłoń i do dzieła. Przy niewielkich kosztach można wyczarować magiczny "ogród". Nie zastanawiajcie się długo, warto poświecić trochę czasu i pracy. A mi teraz nie pozostaje mi nic innego jak liczyć na jak najwięcej słonecznych dni, aby móc spędzać na nim jak najwięcej czasu. Lato dopiero przed nami, więc jestem dobrej myśli :)